wtorek, 24 grudnia 2013

Podaj dłoń.




Na świecie istnieją ludzie, którzy z przyczyn niezamierzonych czy wyroków boskich,  są osamotnieni, nie mający domu, rodziny, przyjaciół, przyszłości...  
 A kim ja jestem?   

Nikim. 

Tak twierdzą inni i w sumie ja sam. Bo kim innym miałbym być? Nie mam  nic, jestem tylko wyrzutkiem, oddzielonym od reszty społeczeństwa.
 Takim nic nie wartym czymś.   
  
Urodziłem się w ubogiej rodzinie, moja mama rodziła mnie w bólach we własnym domu, bez żadnej opieki medycznej. A mój ojciec? Nie miałem nigdy taty, byłem dzieckiem mężczyzny, który zgwałcił moją mamę, prawie ją przy tym zabijając. Rodzicielka nadała mi imię Baekhyun. Moje dzieciństwo mijało dość spokojnie, dopóki mama nie zaczęła chorować. Do domu przyjeżdżał miejscowy lekarz, badał ją i czasem dawał zastrzyki. Miałem wtedy zaledwie 9 lat, musiałem się sam  nauczyć gotować, prać, prasować i sprzątać, a dodatkowo opiekować się rozchorowaną mamą. Była w ogromnym bólu, a ja nie mogłam jej w żaden sposób pomóc... byłem bezradny...  
Gdy nadeszła zima lekarz z powodu dużych opadów śniegu, nie był w stanie do nas przybyć, a z moją mamą było coraz gorzej. Często wymiotowała, kaszlała krwią, a nawet miała czasami niekontrolowane drgawki.

Jednak dzień przed Bożym Narodzeniem, moja mama pierwszy raz od  dłuższego czasu, wstała i podeszła do fotelu, na którym spałem.  Wtedy objęła mnie, chwyciła dłoń i powiedziała ciepłym głosem :   "Kocham cię syneczku, nawet nie wiesz jak bardzo. I zapamiętaj sobie, że  jeśli będziesz miał ciężko w życiu, to dasz radę, człowiek jest silny, a jakby ci coś nie wyjdzie, to nie martw się... Bóg ci to wynagrodzi… Dobranoc Hyunie." - po tych słowach ucałowała mnie w   czoło, pogłaskała delikatnie w głowę i przysłoniła oczy. Później nie mogłem się ruszać, chciałem wołać, krzyczeć, ale mimo moich prób, żaden dźwięk nie wydobywał sie z moich ust.    

Obudziłem się następnego dnia. Uradowany wstałem i podbiegłem do łóżka, gdzie leżała moja mama. Miała zamknięte oczy, wyglądała pięknie mimo jej już starszego wieku. Opadające policzki, a nawet   zmarszczki dodawały jej uroku. Chciałem z nią chwilę porozmawiać zanim miała jeszcze siłę, bo przecież był wtedy dzień Bożego Narodzenia i w końcu mogliśmy się zmów zjednoczyć, choćby samymi słowami. 

-Mamo…- szepnąłem- …mamo - powtórzyłem. Po paru próbach nadal nie otrzymywałem odpowiedzi. Zacząłem delikatnie szturchać jej ramię,  dalej bark jakiejkolwiek odpowiedzi. Do głowy przyszły mi najgorsze  myśli z możliwych, ale nie dawałem się przekonać. Glos zaczął mi drżeć, a kolana uginać. Po chwili już klęczałem przed łóżkiem i  wpatrywałem się w nie poruszającą się klatkę piersiową. To był dla mnie koniec.    

Znienawidziłem dzień 24 grudnia i pewnie tak pozostanie aż nie umrę z przegłodzenia. Po śmierci  mojej mamy nie miał kto się mną zajmować,   nie miałem żadnej bliższej rodziny ani przyjaciół. Przez parę dni   mieszałem w pustym domu, a czasem nawet spałem przy grobie mojej rodzicielki. Pewnego dnia do domu zawitała policja i zabrała mnie ze  sobą. Przebywałem na posterunku do momentu, w którym nie pojawiła się  tam starsza kobieta, która po krótkiej rozmowie z policjantami zabrała  mnie ze sobą. Zaprowadziła mnie do samochodu, po czym wyruszyliśmy. Jechaliśmy dobre parę godzin, nie wiedziałem co się działo, bałem się i byłem przez to bardzo cicho, bałem się spytać o cokolwiek. Niespodziewanie auto się zatrzymało, a za oknem ujrzałem za oknem dom, przyjemny niewielki domek, który stał się moim  własnym. Zamieszkałem tam, a ta kobieta została moją opiekunką. Przez długie lata zajmowała się mną tak jakbym był jej własnym synem czy  wnukiem. Była dla mnie wszystkim. Nauczyła mnie czytać i pisać. Wiedziała czego potrzebuję w danym momencie, potrafiła mnie pocieszyć w ciężkich moich chwilach. Często wypłakiwałem się w jej ramie w  tęsknocie za mamą, ale powoli zaczynałem oswajać się z myślą, że jej już nie ma i już nigdy nie powróci.   

Mijały dni, tygodnie, lata... A ja jedynie co robiłem, to dorastałem w  nadziei, że moje życie w końcu się zmieni i stanie się coś, co mnie w  pełni uszczęśliwi. I tak się stało. Jednak w nie tak szybkim czasie  jak marzyłem.  Miałem już 18 lat i często wychodziłem z domu do sklepu po potrzebne rzeczy dla mojej opiekunki. Pewnego dnia wracając z marketu, z dala ujrzałem dym, czarny, gęsty dym. Zbliżałem się coraz bardziej do źródła, uświadamiając sobie, że w tamtym miejscu znajdowały się tylko dwa domy. Zacząłem biec coraz szybciej, gubiąc po drodze zakupione rzeczy. Łzy  wolnymi krokami zaczęły napływać mi do oczu. Oniemiałem, gdy zobaczyłem przerażającą scenę tuż przed moimi oczami. Pożar, dym, krzyki, płacz i  utracony mój drogi dom, który już tak bardzo pokochałem. Rzuciłem się  w stronę budynku, chcąc odnaleźć moją opiekunkę, której nigdzie nie  mogłem znaleźć. Mimo moich starań zostałem zatrzymany przez strażników, usiłujących ugasić, wysoko wznoszące się płomienie. Po raz kolejny w moim życiu poczułem się bezradny… bezużyteczny…
Po niecałej godzinie pożar został ugaszony i to była jedyna pozytywna rzecz  jaką otrzymałem pod koniec tego dnia. Stałem się ponowienie osamotniony, ponownie bez domu, ponownie dobity przez bezsensowne życie…

I tak wylądowałem na ulicy. Od dawana pragnąłem znaleźć jakąkolwiek  pracę, jednak żaden człowiek, mnie nie chciał, bo byłem bezdomny, bo nie miałem nawet grosza, bo byłem nie wykształcony. Z dnia na dzień  było ze mną coraz gorzej, aż w końcu zrezygnowałem. Moim domem stał  się park, a pożywieniem, to co dali mi ludzie. Stałem się żebrakiem..,  nędznym, szarym, bezwartościowym żebrakiem. Wstydziłem się tego, ale  musiałem za coś żyć. Poznałem dzięki temu wielu ludzi, o różnym  wyglądzie, o różnym charakterze. Bolało mnie, gdy rzucali do mnie  groszami lub pieniędzmi, które straciły już swoją wartość, dobre parę lat temu. Znaleźli się również ludzie, którzy w prawdzie sami  dużo nie mieli, ale dawali najwięcej. To było piękne.  

Któregoś słonecznego dnia naprzeciwko mnie , usiadł mężczyzna z  gitarą, po chwili zaczął na niej grać. Była to cudowna, spokojna i  ukajająca melodia. Wypełniała moje serce i umysł, tak bardzo, że  zacząłem śpiewać. Zamknąłem oczy i powróciłem wspomnieniami do  dawnych lat. Do momentów, w których moja mama wraz ze mną śpiewała  piosenki, ciesząc się przy tym jak przy niczym innym. Widziałem jej  piękny uśmiech i białe ząbki oraz ten blask w oczach, który wyrażał  wszystko. Przypomniałem sobie jej dotyk, który zawsze z troską mnie  otulał oraz jej matczyny głos, który mówił mi co jest złe, a co  dobre.  Po paru minutach obok mnie pojawiło się kilka ludzi, którzy, gdy tylko  skończyłem śpiewać, zaczęli bić brawa i składać, tuż przy moich  dłoniach, pieniądze. Patrzyłem na kupkę papierowych banknotów z  niedowierzeniem aż po chwili zacząłem się cieszyć jak nigdy dotąd. Od  tego czasu śpiewałem każdego dnia, dniami i nocami. Już miało być tak  cudownie, ale po jakimś czasie zacząłem miewać bardzo mocne bóle  gardła, ostatecznie ledwo mogłem mówić.  I znowu wróciłem do punktu wyjścia, czyli tradycyjnego żebrania. Dalej  nie miałem żadnego mieszkania, schronienia a nadeszła już późna  jesień, a z nią nasilające się mrozy i opady deszczu.  Ludzie przez niekorzystną pogodę zaczęli coraz rzadziej wychodzić na  zewnątrz, a ja przez to nie miałem żadnego wsparcia i nic do jedzenia.   Siedziałem pod drzewem w parku, chroniąc się przed deszczem.  Nagle usłyszałem grzmienie, a później jaskrawy błysk pioruna.
 Zastygłem.
 Od dzieciństwa bałem się burz. W domu zawsze chowałem się do szafy  albo pod stół zakrywając uszy, by nic nie słyszeć, czekając aż te  straszna pogoda minie. Bałem się, cholernie się bałem.   Niespodziewanie poczułem coś na ramieniu, to była dłoń. Spojrzałem w  górę i zobaczyłem przystojnego mężczyznę z parasolką, mającego  głębokie, wciągające jak narkotyk, oczy. Wpatrywałem się jak  zahipnotyzowany w jego twarz, nie zważając wysuniętej dłoni w moim  kierunki. Aż w końcu nieznajomy odezwał się. 

- Niebezpiecznie jest tak siedzieć pod drzewem kiedy jest burza - Byłem  oszołomiony, że osoba z taką młodą twarzą, będzie miała tak niski, męski głos. - Chodź ze mną. - Pewnie wyglądałem jak idiota, bo  moje oczy rozszerzyły się do nienaturalnych rozmiarów. Jeszcze żaden człowiek, nikt, dosłownie nikt nie zaproponował mi takiej  pomocy. Poczułem się w końcu jakbym, był w końcu kimś. I właśnie to  mnie zmartwiło, bo po co ktoś martwiłby się o kogoś takiego jak ja?  
- Nie - powiedziałem. - Nie chcę czyjejś litości! - Zacząłem sobie wyobrażać najgorsze i co ? Nakrzyczałem na chłopaka, który chciał mi tylko pomóc.  
- Boisz się mnie? Nic ci nie zrobię, tylko chc... 
- Nie! - ponownie krzyknąłem. Nie wiedziałem co się ze mną działo,  ale wiedziałem, że zachowuję się jak idiota, a mimo to nie potrafię się  powstrzymać. Podniosłem wzrok do góry. Mężczyzna wyglądał na  rozczarowanego. Nie dziwiłem się mu. On tylko odszedł ode mnie o krok, a  po chwili wyciągnął kartkę i długopis, następnie zapisując coś na  niej. Gdy skończył ponownie podszedł do mnie i wręczył mi kartkę oraz bułkę mówiąc: 
- Nie będę cię zmuszał, ale gdy jednak się rozmyślisz, to przyjdź do  mnie. Przyjmę cię w każdej chwili, o każdej porze, w każdym momencie.  Wystarczy, że przyjdziesz. - Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, a  jego oczy ułożyły się w półksiężyce. Byłem zauroczony. Nigdy nie  widziałem kogoś tak pięknego, o takim przyjaznym uśmiechu, a zwłaszcza  o takim dobrym sercu. Mimowolnie do moich oczu zaczęły napływać łzy.  Chciałem jeszcze z nim porozmawiać i może nawet pójść z nim, ale  zanim się zorientowałem, to już go nie było. Jedyne co mi pozostało  to karteczka, którą mocno trzymałem w dłoniach. Otarłem łzy i  wyciąłem kartkę na wysokość moich oczu. Był zapisany na niej adres oraz imię i nazwisko. 
- Park Chanyaol...- szepnąłem i uśmiechnąłem się delikatnie. -  Dziękuję.  
Nim się zorientowałem, burza już minęła, a zza chmur wyłonił się skrawek słońca. Od razu wstałem z mokrej ziemi, wyciągałem z torby w miarę suchy materiał i wytarłem szybko ławkę, po czym usiadłem na niej.  Wsłuchując się w spadające krople z drzew, zacząłem rozmyślać, o tym, dlaczego to akurat mnie musiało spotkać. Dlaczego. To pytanie nie raz powraca do moich myślach i zawsze zostaje pod znakiem zapytania.

Przez park przechodzili kilka razy czterej młodzi chłopcy, którzy później stanęli i obserwowali mnie przez parę minut. Po jakimś czasie podeszli i zrzucili mnie z ławki. Ja szybko wstałem lecz niespodziewanie poczułem mocne kopnięcie w brzuch, a nie miałem dużo, więc marne było bronienie z mojej strony. Utraciłem równowagę i przewróciłem się na mokrą i zimną ziemię. Oni zaczęli mnie kopać coraz to mocniej praktycznie w każdą część mojego ciała. Ludzie obchodzili mnie jak gdyby nigdy nic.  Zacząłem krztusić się własną krwią. 
- Dobijmy tego nędznego żebraka! Niech wie, że jest tu nie potrzebny! -  krzyknął jeden z nich. Nagle wyjęli zza siebie kije, którymi uderzali mnie jak w piłkę golfową. Myślałem, że zaraz umrę, ale na szczęście jakiś mężczyzna podbiegł do mnie i ich odgonił. Byłem cały pobijany,  lała mi się krew z ust i z paru innych ran na moim ciele. Gdy się odwróciłem zauważyłem, że skradli mi również torbę, ze wszystkim co miałem… z pieniędzmi..z jedynym zdjęciem mamy…
 Jedyne co mi pozostało, to karteczka od nieznajomego. Nie chciałem żeby ktoś zawracał  sobie głowę takim kimś jak ja. Mimo to, miałem nadzieję, że może jednak uda mi się stworzyć nowe życie. Po długim namyśle, postanowiłem udać się pod adres wypisany na karteczce.

 Szedłem przez długie uliczki, ciągnące się w nieskończoność. Po wystroju oraz samym ich wyglądzie można było się zorientować, że jest to dzielnica bardziej zamożnych ludzi. Gdzieniegdzie pojawiały się nawet wille z dużymi, pięknymi ogrodami.
Gdy w końcu dotarłem na  miejsce, moim oczom ujrzał się duży beżowy dom z werandą przed nim.  Pewnie chciał sobie ze mnie porobić jaja- pomyślałem. Jednak  odważyłem się stanąć przed drzwiami i niepewnym ruchem palca,  przycisnąłem na dzwonek.
- Ach, pewnie go nie ma.. to może jednaj już  pój...    
- Już idę!! -Moje myśli przerwał ten piękny męski głos. Nagle zrobiło mi się słabo, nie wiedziałem co mam  robić. Stać dalej czy uciekać. Pierwszy raz poczułem się taki  zdenerwowany. Nogi zaczęły mi się uginać a ręce drżeć jak jakieś  potrzepane. Panika.  Nim zdałem sobie sprawę, stał przede mną ten nieznajomy. Ten nieznajomy z  nieziemską urodą. Stał w fartuszku i wpatrywał się we mnie. Zacząłem  się krępować i oczywiście nie widziałem co powiedzieć. On podszedł  do mnie bliżej i szarpną mnie za rękę, po takim czymś wylądowałbym pewnie na betonie, ale teraz tak nie było. Moja twarz była wtulona w jego klatkę piersiową, natomiast jego ręce obejmowały mnie mocno w  pasie.  
- A jednak przyszedłeś...- szepnął cicho. Dreszcze pojawiły się  i przepłynęły wzdłuż mojego kręgosłupa. Czy to się już nazywa podniecenie? Jeśli tak... to podnieciłem się. Delikatnie zaczął  głaskać jedną dłonią moje plecy, a drugą głowę.  
 Odsunął sie po chwili i spojrzał mi w oczy. Po prosty nie mogłem w nie patrzyć, bo bym się w nich jeszcze utopił, więc odwróciłem szybko wzrok.  
- Jesteś taki uroczy i tuliłbym cię dłużej, pewnie bym cię  nawet nie puścił... ale cuchniesz. - On jakby nigdy nic powiedział to i  uśmiechnął szarmancko. Natomiast ja straciłem  umysł. Właśnie mi powiedział, że cuchnę, a już myślałem, że zawsze będzie różowo, kolorowo i będą koło nas skakać jednorożce i krasnoludki..., bo przecież nie pachnę tak źle....aż tak źle .... - Jezu Chryste! – wrzasnął nagle olbrzymi  niebezpiecznie blisko, w szybkim tempie zbliżył swoją twarz do mojej.  - Z  twoich ust leje się krew! O boże ! O mój boże! Tylko nie mdlej, trzymaj się! Boże kochany! Krew! – Piszczał tak jeszcze przez jakiś czas, praktycznie jak kobiety, gdy widzą nadchodzące przeceny, aż w końcu się opamiętam i pobiegł po waciki, wodę utlenioną i plastry. Opatrywał mnie na zewnątrz, a jak już skończył zaprosił mnie do środka.

Wszedłem do jego domu wolnymi krokami, rozglądając się po wnętrzu mieszkania. Zaraz przy wejściu  można było zobaczyć ogrom tego budynku. Niedługi korytarz, z pięknymi białymi ścianami, na których gdzieniegdzie wisiały obrazy, prowadził do solanu, gdzie tuż obok niego znajdowały się drewniane schody. Stanąłem na środku, wpatrując się w niektóre elementy pomieszczenia.
Na niskiej komodzie umieszczony był duży telewizor, a w niewielkiej odległości od niego stała wieża. Byłem pod wrażeniem, że tak młody mężczyzna mógł tak dobrze zadbać  siebie, a nawet zaopatrzyć się w tak nietanie rzeczy.
Odwróciłem się w stronę mężczyzny, który stał tuż obok mnie. W tym samym momencie co ja spojrzał na mnie tym pełnym opieki spojrzeniem. Myślę, że takie chwile rzadko spotykają ludzi, a to coś naprawdę niesamowitego. Gdzie ktoś, w tym przypadku nieznajomy, w tak szybkim czasie potrafi uspokoić człowieka samą obecnością i sprawić tym poczucie bezpieczeństwa. Na samą myśl poprawił mi się humor, a ciepło napełniło moje ciało.
On tylko stał i stał. Niespodziewanie położył dłoń na moim ramieniu i powiedział:
-Nie martw się już o nic – szepnął. - Teraz to twój nowy dom – i przyciągnął mnie bliżej do siebie. Poczułem się nagle niepewnie, a nawet zacząłem się bać. Ceniłem to co do mnie mówił, jednak nie chciałem ponownie stracić domu, a przede wszystkim osoby, która stała mi się bliska. Powstał mętlik w mojej głowie. Może nie powinienem tu przychodzić? Zawracam pewnie głowę jakiemuś mężczyźnie, która ma inne ważniejsze sprawy niż zajmowanie się bezdomnym. –Zaprowadzę cię do łazienki – zaczął ponownie. – Wykąpiesz się, a ja przyniosę ci potrzebne rzeczy. –Po tych słowach pociągnął mnie delikatnie za kurtę i zaprowadził do łazienki, po czym odwrócił się krzycząc: -Zaraz wrócę! – i pobiegł. Ja oczywiście głupi stałem i nie wiedziałem co mam robić. Po chwili namysłu zacząłem ściągać z siebie ubrania. Czapka i kurka leżały już na podłodze, następnie wahając się chwyciłem za końce swetra i podgiąłem do góry. Akurat w tym momencie, wleciał Chanyeol z ubraniami. Stanął w drzwiach, wypuszczając z dłoni rzeczy. Jego wzrok powędrował wzdłuż mojego ciała, zatrzymując się na dłuższą chwilę na moim brzuchu. Dosłownie sekundę później jego twarz stała się purpurowa.
-Przepraszam! –krzyknął i odwrócił się szybko, zamykając za sobą drzwi. Słychać było jak opiera się i zsuwa się powoli po nich. – Niechciałem – dokończył.
-To nic takiego –odpowiedziałem. Momentalnie drzwi ponownie się otworzyły, a on stał z szeroko otwartymi oczami.
-Co powiedziałeś? – zapytał.
-Że to nic takiego – powtórzyłem. On uśmiechnął się szeroko, pokazując tym szereg białych ząbków.
-W końcu się odezwałeś! – powiedział głośniej, podskakują i chichocząc równocześnie. Podszedł do mnie bardzo blisko, zbliżając niebezpiecznie swoją twarz do mojej. – Masz taki piękny głos – odparł. Teraz to była moje kolej na strzelenie buraka.  – Zdradzisz mi przy okazji swoje imię? – No tak. Kompletnie zapomniałem, że nie powiedziałem mu jak się nazywam. Potwierdzenie, że mój mózg nie spełnia swojej roli i jest pod czaszką, tylko po to, żeby być.
- Jestem Baekhyun. Byun Baekhyun – powiedziałem cicho, pochylając głowę.
-Baekhyun –powtórzył zaraz po mnie. – A czy pamiętasz jak ja się nazywam? –Pokiwałem tylko energicznie głowę i spuściłem wzrok. –Powiedz, proszę.
-Chanyeol…
-Nie słyszę.
-PARK CHANYEOL!- krzyknąłem.
-W takim razie… Miło mi cię poznać Byun Baekhyun. Witaj w moim domu. Mam nadzieję, że się szybko zaprzyjaźnimy. –Wyciągnął dłoń w moją stronę, po czym ja zrobiłem to samo. Nasze dłonie połączyły się, delikatnie ściskając się przy tym. Jego dłoń wydawała się większa od mojej, mimo to sprawiał miłe uczucie. – Nie będę ci już przeszkadzał. Wykąp się spokojnie, a ja zrobię coś do jedzenia. Pewnie jesteś głodny – zachichotał i wyszedł z łazienki. Stałem chwilę po tym nieruchomy, następnie zdjąłem z siebie resztę ubrań i wszedłem pod prysznic.

Po kąpieli czułem się taki rześki, tak, że aż chciało mi się żyć. Ubrałem się w przyniesione rzeczy przez Chanyeola, a brudne poskładałem i położyłem tuż obok pralki. Jego ubrania wisiały troszkę na mnie, co gorsze spodnie ledwo się trzymały na moich biodrach, a co zrobiłem krok to spadały. Wyszedłem z łazienki i skierowałem się w stronę salonu, gdzie na kanapie czekał na mnie Chanyeol. Chrząknąłem cicho, co sprawiło, że od razu odwrócił się w moją stronę. Zauważyłem, że przed nim był stolik, a na nim dwa talerze z pysznie wyglądającymi kanapkami oraz szklanki z napojem. Na sam widok aż mi ślinka leciała. Nie jadłem nic pożywnego przez ostatnie dwa dni, więc byłem, powiedzmy, troszkę głodny. Uśmiechnąłem się do niego delikatnie podtrzymując spodnie by nie spadły. On jakby czytając mi w myślach podszedł do szafki i wyciągnął pasek, po czym podał mi go.
-Dziękuję – powiedziałem. Wpiąłem szybko go do spodni, tak by już nie spadały. Chanyeol usiadł ponownie na kanapie i poklepał miejsce obok niego mówiąc:
-Chodź, usiądź i jedz. – Posłusznie podszedłem do niego i zająłem wyznaczone mi miejsce. –Śmiało. –Jego głos był głęboki, niby groźny, ale dodawał mi otuchy. Chwyciłem od razu za kanapkę i zacząłem jeść.

Zbliżał się wieczór, a ja byłem w pełni pojedzony i zadowolony. W końcu nie musiałem marznąć na zewnątrz. Mogłem nareszcie się wykąpać i położyć na czymś wygodnym.
Stwierdziłem, że Chanyeol to nie człowiek, to anioł, o przystojnej twarzy, przyjaznej duszy, a przede wszystkim wielkim sercu. Nie mogłem uwierzyć, że ponownie mam schronienie i osobę, która jest blisko mnie, która jest w stanie mi pomóc i mnie wysłuchać.

Rozmawialiśmy przez długie godziny, o rzeczach dziwnych, ważnych, mniej ważnych, o wspomnieniach, o nie miłej przeszłości, o tym co może być za parę lat.
Dowiedziałem się, że jego przeszłość również nie była usypana różami. Urodził się rok przede mną i właśnie niedawno skończył 21 lat. Wychowywał się w sierocińcu od niemowlaka do momentu, w którym później trafił do rodziny zastępczej, gdzie wychowywała go pewna starsza para małżonków przez 11 lat. Jednak ci ludzie znęcali się nad nim i wykorzystywali go do pracy w polu, a jeśli nie zdążył czegoś zrobić jednego dnia, to następnego nie dostawał nic do jedzenia. Gdy w końcu doczekał się 18 roku życia, postanowił żyć na własną rękę. Pracował dorywczo, by móc zapłacić za czynsz na mieszkaniu oraz za naukę. Po ukończeniu szkoły udało mu się znaleźć pracę, w której pracuje do dziś.


-Zagrajmy w gry! –zaproponował nagle Chanyeol.
-Planszowe?
-Nie, na Play Station! –uradowany podbiegł do telewizora, podłączając sprzęt. Usialiśmy wygodnie na ziemi, a już po niedługiej chwili zaczęliśmy grać. Znaczy on grał, a ja siedziałem i wpatrywałem się w ekran. Szczerze nigdy wcześniej nie grałem na czymś takim, rzadko grałem w jakiekolwiek gry na komputerze, a co dopiero na takim urządzeniu.
Nagle Chanyeol położył swojego pada obok i zbliżył się do mnie.
-Pokażę ci jak się gra. Patrz uważnie na moje palce i na ekran. – Chwycił mój pad do ręki i objął mnie tak, że jego ręce znajdowały się na wysokości mojego pasa. Niestety nie mogłem się skupić na grze, gdyż jego perfumy bombardowały moje nozdrza, tak bardzo, że myślałem, że zemdleję. I w cale mi nie chodzi o to, że miały nie ładny zapach, wręcz przeciwnie. Dodatkowo jego ręce oplatały moje ciało i poczułem pewien dyskomfort. Pierwszy raz ktoś mnie w taki sposób obejmował, a co najgorsze… podobało mi się to. Chanyeol nie był chudy ani gruby. Miał bardzo ładną postawę, twarz, włosy, wszystko! I troszkę byłem zaskoczony, jak mi powiedział, że z nikim nie jest.
Z tego co zauważyłem, to jest on bardzo pozytywną osobą. Potrafił mnie rozśmieszyć nawet gdy byłem na skraju rozpaczy, gdy opowiadałem mu o mojej mamie.
Nagle poczułem, że coś mnie dotyka w biodro. Spojrzałem na jego twarz, która dalej była wpatrzona w ekran telewizora. Może przez przypadek mnie dotknął? –pomyślałem. Jednak po chwili to samo poczułem na niższej czyści mojego ciała.
-Chanyeol?
-Tak? – odwrócił głowę, zatrzymując grę.
-Czy mógłbyś mnie tam nie dotykać? –zapytałem niepewnie. Nie byłem pewny jak zareaguje, bo przecież to nie było molestowanie, tylko pewnie przypadek… chyba.
-Słucham? Gdzie mam cię nie dotykać?
-No tam…
-Tam? – Siedziałem troszkę oszołomiony, gdyż myślałem, że od razu weźmie dłoń przeprosi, a tu zamiast tego uszczypał mnie w tylną część mojego ciała. Widocznie chciał się mną zabawić. – Baekhyun? O co ci chodzi? – Wyraz jego twarzy pokazywał, że naprawdę nie wie o czym mówiłem.
-Czymógłbyśzabraćrękęzmojegotyłka – powiedziałem szybko i nie byłem pewny czy zrozumiał cokolwiek. On znieruchomiał, a ja znowu poczułem uszczypnięcie. – Przestań!
-Baekhyun! Moja dłoń jest na podłodze, a nie na twoim tyłku! – I zapadła cisza. Patrzyłem na niego jak na idiotę, a ten na mnie jak na kosmitę. Po chwili Chanyeol wstał i zaświecił światło. Ja dalej śmierdziałem nie ruchomo, a gdy lampa została już włączona odwróciłem głowę w stronę  mojej tylnej części ciała… I wtedy zobaczyłem coś strasznego.
 -Baekhyun, tylko spokojn…..
-Myyyyysssszzzz!!
-…nie. –Niestety nie mogłem się go posłuchać, gdyż panicznie bałem się takich zwierzątek. Szybko pobiegłem i schowałem się za nim.
-Musimy ja teraz szybko złapać! – Ten podbiegł do kuchni i wrócił z… patelnią. –Tam jest mop! Weź i łap ją! – Oczywiście nie przemyślałem tego, w jaki sposób złapiemy mysz  mopem i patelnią, ale to był tylko taki szczegół.
Lataliśmy po domu jak opętani, przewracając wszystko co nam stało na drodze. Przy okazji zwiedziłem jego dom. To był jedyny plus. Wiem, że mysz wleciała do szafy, a Chanyeol starał się ją znaleźć, wykopując ubrania patelnią. Ostatecznie ubrania leżały w sypialni, na korytarzu i w innych pokojach. Cóż… ja nie byłem lepszy, a otóż dlatego, gdyż pomyliłem frotkę w łazience z naszą zdobyczą i tak właśnie waliłem w nią mopem, przez dobre parę minut. Następnie w którymś momencie mały gryzoń przebiegł przez nogi Chanyeola, a ja automatycznie chciałem ją uderzyć. Skończyło się na tym, że uderzyłem z całej siły, biednego Yeola w miejsce X, czyli innymi słowy w krocze. Uświadomiłem sobie, że działanie z zamkniętemu oczami, to nie to samo co z otwartymi…

Finalnie nie złapaliśmy jej, ale przynajmniej mieliśmy fajną zabawę. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, dysząc ze zmęczenia. Słychać było tylko nasz oddech, a po chwili już głośny, poniekąd nawet histeryczny śmiech. Była już późna godzina, więc posprzątaliśmy co się dało i w końcu mogliśmy iść spać. Chanyeol zaprowadził mnie do jednego z pokoi, w którym znajdowało się łóżko, parę szafek, biurko oraz duże okno z widokiem na osiedle i ugwieżdżone niebo, przywołujące miłe wspomnienia. Poczułem nagła senność, więc położyłem się szybko i jak w mgnieniu oka zapadłem w głęboki sen.

Następnego dnia, gdy się obudziłem, na stoliku nocnym znajdowała się karteczka z napisem : „Przygotowałem Ci już ubrania, które znajdziesz w łazience oraz jedzenie – jajecznice, jest w kuchni. Przygotuj się! Idziemy dziś na wielkie zakupy!
Jak mnie nie będzie jeszcze w domu, to znaczy, że jestem jeszcze w sklepie :D
Chanyeol”

Gdy zszedłem na dół jego jeszcze nie było. Skierowałem się w stronę kuchni, gdzie na stole był talerz z jajecznicą, a obok niego chleb i karteczka, na której pisało: 
„ Jeśli będzie zimna to podgrzej ją sobie w mikrofalówce. Smacznego :) ”. 
Momentalnie zaśmiałem się do siebie i zacząłem jeść jeszcze ciepłe jedzenie.
Takie życie byłoby cudowne –pomyślałem. Mieszkałbym w pięknym domu, z mężczyzną o urzekającej urodzie, który zachowuje się tak jakbyśmy znali się od lat. To jest naprawdę miłe. Nie czułem żadnego dystansu między nami, nawet jeśli spędziliśmy ze sobą paręnaście godzin.
Gdy skończyłem jeść, Chanyeol wszedł do domu obładowany torbami. Podbiegłem do niego i wziąłem niektóre rzeczy.
-Dzięki – szepnął.

Umyłem nieczyste talerze i pomogłem rozpakować mu torby z zakupami. Gdy skoczyliśmy, od razu wyruszaliśmy na miasto. Stwierdził, że nie będę cały czas chodzić w jego ubraniach, bo sam nie będzie miał w co się ubierać.
Chodziliśmy przez centrum handlowe, wchodząc do niektórych sklepów. Chanyeol chciał mi kupić jakieś ubrania, zgodziłem się na dwie pary t-shirtów i spodnie. Jednak, gdy podał mi jedną, bardzo ładną koszulę ze złotymi elementami, a ja zobaczyłem jej cenę, to o mało nie zemdlałem. On nalegał, żebym ją przymierzył, a ja odmawiałem. I tak mi już dużo dla mnie zrobił. A tu jeszcze chciał mi kupić coś tak drogiego. To jakiś kosmita!
-Przymierz to Baekhyun, będziesz ładnie w niej wyglądał!
-Absolutnie nie!

I tak jakoś wyszło, że wylądowaliśmy razem w przymierzalni, gdzie ja chciałem uciec, a ten mnie mocno trzymał i rozpinał mi koszulę- jego koszulę, która pachniała jak on- jak omotujący narkotyk.
Włożył na mnie to białe cudo i wolnymi, subtelnymi ruchami, zaczął ją zapinać. Każde jego muśnięcie palcem, po mojej nagiej klatce piersiowej, doprowadzało mnie do szaleństwa! Robił to celowo! Zerknąłem na jego twarz i tak jak się spodziewałem, miał rumieńce. Co było słodkie. Był takim męsko-niemęskim mężczyzną…
Gdy skończył obrócił mnie wokół i uniósł kciuki do góry.
-Wyglądasz cudownie. Bierzemy ją! – Nie zdążyłem nawet zareagować, a tu już Chanyeol wraz z koszulą stał przy kasie. Następnie zaproponował mi  pójście do fryzjera. Tu już nie zaprzeczałem tak bardzo... Patrząc w lustro widziałem mężczyznę o jasnej karnacji i średnio długich karmelowych włosach, przypominających swym wyglądem stos siana. Stwierdziłem, że przydałoby mi się jakieś dobre strzyżenie, więc szybkim krokiem udaliśmy się do najbliższego salonu fryzjerskiego.
Kobieta w parę minut z moich włosów zrobiła coś. Miałem troszkę krótsze włosy z tyłu i grzywkę, która o dziwo się dobrze układała. Chanyeol czekał na mnie przed salonem, od razu podbiegłem do niego pytając się o to jak wyglądam. Nie byłem pewien, czy to jego zaniemówienie miałem odebrać pozytywnie czy też negatywnie.
-Wyjdziesz za mnie?- spytał nagle. Oczywiście żartował. Nie wiedząc co odpowiedzieć, uderzyłem go tylko lekko w ramię. Zapadła niezręczna cisza, którą przerwał Yeol.  –Chodźmy się zabawić – zaproponował i powoli chwycił mnie za dłoń. W moim brzuchu właśnie toczyła się wojna motyli, które fruwały w nim z góry na dół, z prawej do lewej strony. To było chore…
Szliśmy wzdłuż miasta i zatrzymaliśmy się dopiero przed jakimś klubem dyskotekowym. Bałem się troszkę takich miejsc, gdyż  zawsze jest tam dużo ludzi, alkoholu itp., jednak nie chciałem wyjść na kogoś kto się nie potrafi dobrze bawić, więc przełamałem się wszedłem tam z Chayeolem.
Wewnątrz był tłok i mocny zapach papierosów. Na środku była parkiet, a zaraz obok mini bar.  Naprzeciwko znajdowały się stoliki, na których gdzieniegdzie siedzieli mężczyźni otoczeniu przez „skromnie” ubrane kobiety. Podeszliśmy do jednego z wolnych stolików i zajęliśmy miejsca, siedząc koło siebie. Nie spodziewałem się jednak, że w tak szybkim tempie otoczą nas te dziewczyny. Żaden z nas nie był nimi zainteresowany, więc szybko nas opuściły. Było strasznie głośno, co sprawiło, że nie mogliśmy spokojnie porozmawiać. W końcu puścili jakąś przyjemną dla uszu muzykę, a że chciałem pokazać Chanyeolowi, że też potrafię się bawić, to ta chwila była idealna.

-Zatańczmy – powiedziałem i zaciągnąłem Chanyeola na parkiet. Staliśmy chwilę, chcąc złapać rytm. Przyznam, że było to zabawne, gdyż nasze ruchy kompletnie nie dopasowywały się do melodii. Jednak po jakimś czasie w końcu poczuliśmy to coś  i zaczęliśmy tańczyć jak przystało, a że było dużo ludzi, to byliśmy bardzo blisko siebie. Nasze klatki piersiowe praktycznie się stykały, a kolana uderzały co o siebie.
W sumie nie bawiliśmy się tak jak inni ludzie, którzy zamiast ludzi widzieli żyrafy albo zamiast kieliszków z alkoholem krasnoludki biegające po blacie baru. Dobrze bawiliśmy się razem, mając tylko siebie i trzeźwe umysły…
Po paru godzinach wróciliśmy do domu zmęczeni, ale równocześnie zadowoleni.

Tego wieczoru ponownie była burza i nie wypadało chować się w czyjejś szafie bądź pod stołem. Postanowiłem otulić się kołdrą od stóp do głów, zatkać uszy i wmawiać sobie, że nic mi się nie stanie. Mimo wszystko nie wytrzymałem. Udałem się do pokoju Chanyeola, który pochrapywał cicho.
Jak on może tak spać przy takiej pogodzie?- pomyślałem.  Zbliżyłem się do łóżka i bez wahania położyłem się obok niego. W końcu mogłem przyjrzeć się bliżej jego twarzy na dłuższą chwilę. Miał gładką cerę i długie rzęsy. Spał jak zabity i co chwilę zabawnie marszczył nosek. Przybliżyłem się do niego jeszcze bardziej, by poczuć ciepło płynące jego ciała. Sama jego obecność mnie uspokajała i mogłem już spokojnie zasnąć.

Dni i tygodnie mijały. Wszytko układało się pomyślnie. Chanyeol niestety musiał wrócić do pracy i przez to spędzaliśmy mniej czasu ze sobą. Najgorsze były dni kiedy pracował po nocach, wracał wtedy rankami przepracowany, ledwo przytomny, a tu zaraz jak się zdrzemnie musiał wstać i podołać innym zajęciom. Chciałem znaleźć jakąkolwiek pracę, która choćby w małym stopniu odciążyła Chanyeola, który ciężko haruje i nie wydaje tylko pieniędzy na siebie, ale też na mnie. Z czasem miałem coraz to gorsze myśli, że jednak nie powinienem zatrzymywać się u niego i sprawiać mu tylko problemy. Jednak gdy pewnego dnia mu o tym powiedziałem, to się rozpłakał. Powiedział mi, że nigdy nie poznał takiej osoby jak ja, że nawet nie zdaję sobie sprawy ile dla niego znaczę, powiedział : „Po prostu zależy mi na tobie”… Nie chciał być znowu sam, nie chciał wracać po pracy do pustego domu. Chciał być znów szczęśliwy, a według niego byłem wstanie odciągnąć sztorm znad oceanu, tak, że słońce znów mogło wyłonić się zza chmur i ogrzewać wszystko i wszystkich dookoła.
Takimi słowami sam mnie uszczęśliwił. Pomyślałem, że to tu jednak jest moje miejsce i to tu powinienem zostać. I tak się stało. Udało mi się, oczywiście za pomocą Chanyeola, zdobyć pracę. Nie zarabiałem dużo. Wystarczało na to by zapłacić na przykład za jedzenie i część opłat domowych.
Wszystko było kolorowe i różowe, mimo to nadszedł grudzień, a z tym najgorsze wspomnienia mojego życia. W tym miesiącu zginęły dwie najbliższe mi osoby, straciłem domy i wiarę w magię świąt. Przeklinałem grudzień każdego roku, a w tym obawiałem się, że może się stać coś temu, kto teraz stał się moim życiem…

Dzień przed świętami, gdy wstałem z łóżka i podążyłem do salonu zobaczyłem stojącego Chanyeola składającego choinkę. Ten gdy tylko mnie zobaczył podbiegł, uścisnął mnie i powiedział radośnie:
-Baekhyun! To nasze pierwsze wspólne świata! – Chciałem cieszyć wraz z nim, jednak dziś wypadała 11 rocznica śmierci mojej mamy i nie potrafiłem odnaleźć w sobie tego szczęścia. -Zobaczysz, będzie cudownie. –Mówił tak jakby wiedział co teraz czuję. Jego słowa sprawiały, że zaczynałem zapominać o otoczeniu i przeszłości… Widziałem tylko jego twarz i ten promienny uśmiech… tak jakby świat się zatrzymał.  –Chodź! Ubierzemy razem choinkę. –Poklepał mnie po ramieniu i zaprowadził przed zielone drzewko. Nie spiesząc się, rozpoczęliśmy ją ubierać. Zaczęliśmy od srebrnych i złotych łańcuchów, następnie zawiesiliśmy światełka. W następnej kolejności poszliśmy po bombki. Kiedy otworzyłem pudełka z nimi okazało się, że wszelakiego rodzaju. Kolorowe, pozłacane, proste, z ozdobami, jedne z domkami i drzewami inne zaś z gwiazdami i księżycem. Na końcu każdej gałązki daliśmy szyszki, a w niektórych miejsca wstążki. Ostatnią rzeczą jaką pozostało zrobić to zaczepienie, na szczycie choinki, gwiazdy.
W tym momencie zadzwonił telefon Chanyeola, ten tylko spojrzał ekran, mówiąc: „Przepraszam, musze odebrać.”. Rzadko do niego ktoś dzwonił, a jak już to ludzie z pracy. Z tego co wiem również nie ma nikogo bliskiego bądź ewentualnie jacyś znajomi… przynajmniej ich miał.  Odwróciłem się i zobaczyłem, że jedna z bombek nie została powieszona, ale moja koordynacja ruchowa zawsze była na niskim poziomie i się wywróciłem. Niestety, rozbiłem ją, a nie chciałem by Chanyeol był zły, więc chciałem ją pozbierać i go przeprosić. Podnosząc kawałki rozbitej bombki zaciąłem się w palec, a że to jedna  z najbardziej ukrwionych część ciała, krew sączyła się w najlepsze. Chciałem szybko zaopatrzyć ranę, ale nie miałem nic przy sobie. Poszedłem, więc w stronę Chanyeola, by poprosić go o plaster, jednak zatrzymałem się gdy usłyszałem część jego rozmowy…

-…Kai proszę cię. Przygarnąłem tego nędznego szczeniaka, bo nie mam co z nim zrobić. Przyczepił się do mnie, a mi tylko uprzykrza życie. Nie mam czasu się nim zajmować, a jeszcze dodatkowo kupować mu specjalnego jedzenia. Ty już kiedyś miałeś taką sytuację i wesz co robić. Zgodzisz się?... To super. Wielkie dzięki. Podeślę ci go po świętach….. Na razie…. – Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. A jednak tylko udawał. Co za palant! –krzyczałem w myślach. Zabrałem szybko kurtkę i ubrałem buty. Starałem się wymknąć z domu, tak by już nie rozmawiać z tym idiotą. I po co się nade mną litował?! To bezsens. Mogłem, zostać w tym parku i tam zdechnąć niż pójść do niego i zostać wystawionym! Biegłem przed siebie, nie wiedząc zbytnio gdzie. Nie widziałem dobrze drogi, gdyż… co tu dużo mówić…  rozpłakałem się, jak małe dziecko, na które nakrzyczała mama.  Serce po prostu pokroiło mi się na kawałki, a potem na jeszcze mniejsze. Myślałem, że w końcu znalazłem kogoś kto mnie zrozumie i będą mógł w końcu sobie spokojnie żyć, a nie kogoś kto będzie mnie chciał do towarzystwa! Pewnie chciał tylko, żebym mu sprzątał, gotował i usypiał na dobranoc…
Oczywiście! Może jeszcze chciał, żebym z nim d łóżka poszedł, a co! Pewnie dlatego kupował mi ubrania i inne ciuszki by móc się szybciej podniecić! Co za zboczeniec!
…Z przyjaciela, z osoby, którego obdarzyłem zaufaniem, zrobił się taki drań.
Miałem taki mętlik w głowie, że we wszystkim zacząłem się gubić. Stanąłem zdyszany i spojrzałem w niebo.
-Dlaczego mi to zrobiłeś Park Chanyeol… Dlaczego? –mówiłem cicho do siebie. Po chwili zaczęły spadać płatki śniegu, które mieszały się z moimi łzami.  –Mamo? Czemu to akurat życie musi znęcać się nade mną? – Jedyne co mi pozostało to rozżalanie się nad sobą. Już kolejny raz w moim nędznym żywocie, nie miałem dokąd się udać.
Błąkałem się po ulicach w te i wewte nie wiedząc co ze sobą zrobić. Święta to przekleństwo… sprowadzają same nieszczęścia. Zauważyłem przede mną napis „Przytułek”. Robiło się coraz to zimniej, a ja nie miałem gdzie się podziać…  Gdy wszedłem do środka, wszystkie oczy skierowały się na mnie. Tak jakbym był jakimś cudownym zjawiskiem. W prawdzie nie wyglądałem na biedniejszego, ale to nie o to tu chodziło. Materialnie nie mam domu, duchowo mam, jest to serce mojej mamy, ale.. Właśnie jest –ale, które ma na imię Chanyeol, który zagospodarował sobie moje serce. Zamieszkał również w moim mózgu i nie chce go opuścić…
Musiałem tam zostać. Później mógłbym pracować dalej, zarobić choćby na jakąś klitkę, by móc mieć choć jakiś dach nad głową i cokolwiek do jedzenia. W tym przytułku było bardzo tłoczno. Można było zauważyć różnych ludzi: bezdomnych, chorych bezdomnych, albo nawet takich jak ja. Wszystkie uczucia można było wyczytać z ich oczu.
Ułożyłem się wygonie na podłodze pomiędzy innymi ludźmi i tkwiąc w przemyśleniach zasnąłem…

Następnego dnia, czyli w wigilię Bożego Narodzenia świeciło słońce. Wokół mnie ludzie zabierali swoje rzeczy i wychodzili. Może jednak mają jakieś rodziny –pomyślałem.
Postanowiłem również wyjść i przynajmniej przejść się po mieście. Czułem się dziwnie, może to dlatego, że praktycznie każdy człowiek na mnie spoglądał.
-Co dziś z nimi jest? Czy mam coś na twarzy?- mówiłem sam do siebie.  Szedłem w stronę parku, w którym powiedzmy… mieszkałem. Na ławce, na której zazwyczaj siedziałem był człowiek z dwoma pieskami. Zawsze marzyłem o własnym zwierzątku, jednak fundusze nigdy mi na to nie pozwalały. Podszedłem bliżej i powiedziałem do nieznajomego:
-Ma pan piękne pieski.
-Dziękuję- odpowiedział smutno.
-Dziś jest wigilia, dlaczego ma pan taką kwaśną minę?
-Cóż może to dlatego, że mój przyjaciel chce popełnić samobójstwo… -Byłem oszołomiony tym co powiedział. Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć ludzi, którzy chcieli i już odebrali sobie życie, przecież to… to straszne.
-Mój dawny przyjaciel zawsze mi mówił: „W życiu trzeba być twardym jak przeterminowane żelki”.
-A to zabawne… Mój przyjaciel też tak mówi. –Mężczyzna automatycznie podniósł głowę i spojrzał na mnie z szerokimi oczami. –To TY!- wstał i chwycił mnie za ramiona. –Jesteś Hyunie! – W tym momencie to była moja kolej na zdziwienie. –Chanyeol chce się przez ciebie zabić! –A to zdanie już mnie kompletnie zamurowało. Mężczyzna szarpał mną i prawie się popłakał. Mówił i mówił, a nawet krzyczał, a do mnie nic nie docierało.
Dlaczego  Chanyeol chce się zabić… i to przeze mnie?
-Bo cię kocha kretynie! – Moje myśli są chyba przewidywalnie. Te dwa znaczące słowa odbijały mi się w uszach, praktycznie mnie ogłuszając. Nie zastanawiając się, pędem pobiegłem w stronę domu tego giganta. Wleciałem do jego domu jak z torpedy. Skierowałem się od razu do salonu, gdzie zazwyczaj przebywał… i tam go znalazłem… z żyletką tuż przy szyi.
-Chanyeol! – krzyknąłem i podbiegłem do niego, zabierając z dala niebezpieczne narzędzie. Automatycznie spojrzałem na jego twarz i przytuliłem. Widać było, że dużo płakał. Miał podpuchnięte i zaczerwienione oczy. A na jego dłoniach widniały świeże rany. –Co ty sobie wyobrażasz PARK CHANYEOL! Za kogo się uważasz, żeby móc odebrać sobie życie!? – Słowa wychodziły z moich ust tak szybko, że nawet nie byłem pewien czy mówię składnie. Nawet jeśli, to wiedziałem, ze on mnie zrozumie. Cały czas krzyczałem i krzyczałem, aż rozpłakałem się wraz z nim. Siedzieliśmy na ziemi tuż obok choinki cali upłakani. Nie rozumiałem w ogóle tej sytuacji, ale myślę, że nawet bez słów potrafimy się zrozumieć. Gdy Chanyeol tylko się uspokoił, zaczął się tłumaczyć i wyszło na to, że te wszystkie zdarzenia to była moja wina, gdyż źle zrozumiałem jego słowa, gdy rozmawiał przez telefon. W prawdzie chodziło mu dosłownie o szczeniaka, którego znalazł dwa dni wcześniej i przetrzymywał go w biurze. Chciał spędzić te święta w milej atmosferze… ze mną bez dodatkowych „osób”, dlatego zadzwonił do swojego znajomego, z prośbą o pomoc.
I w ten sposób rozmową i przeprosinami zajęliśmy znaczną część dnia wigilijnego.

-Wiesz co, Baekhyun?
-Hm..?
-W sumie to się cieszę, że uciekłeś…
-Słucham?!- Nie wierzyłem własnym uszom. Po tym wszystkim mówi, że to wszystko było dobre?
-Gdyż… –zaczął- uświadomiłem sobie… –tu przerwał i spojrzał w moje oczy – …jak bardzo ważną osobą jesteś dla mnie, ze nie wyżyłbym już dnia bez ciebie, godziny, minuty a nawet sekundy. Przywróciłeś do mojego życia znów żywe kolory. Pokazałeś mi, że nawet taki szary człowieczek, który nic nie znaczy dla społeczeństwa, tak naprawdę jest kimś. Uświadomiłem sobie również, że nie potrzebuję lat, by kogoś dobrze poznać, gdyż wystarczy chwila, by ta osoba pozostała ci najbliższa… Mam nadzieję, że to uczucie już na zawsze pozostanie w moim sercu, bo wiem, że jest tak silne jak ze skały, której już nie da się ruszyć choćby na milimetr. – Jego słowa tak mnie poruszyły, że… że poczułem się jak człowiek. Jak wartego istnienia człowiek. Chciałbym mu powiedzieć coś równie cennego, ale nie byłem w stanie tego ubrać słowa, więc tylko zbliżyłem się i pocałowałem go w policzek, mówiąc ciche : „Dziękuję i  przepraszam”.

-Wiesz czego jeszcze brakuje? – zapytał po chwili ciszy, a ja pokręciłem głową przecząco. –Gwiazdy na naszej choince. – Spojrzałem w górę i faktycznie nic nie było. Podszedłem szybko do pudełka, leżącego na sofie, ściągnąłem folię i wyciągnąłem złotą gwiazdę. Spojrzałem na Chanyeola, pytając się tym o pozwolenie. On tylko pokiwał głową i ruszyłem. Stanąłem na palcach, gdyż choinka była dużo wyższa niż ja, ale mimo to dalej nie dosięgałem. Nagle na swojej dłoni poczułem przyjemne uczucie ciepła. Była to dłoń Chanyeola, który pogładził ją subtelnie i pomógł mi powiesić gwiazdę.
Stał zaraz za mną, bardzo bliziutko tak, że czułem jego oddech na swoim karku. Jego ręce wolnymi i delikatnymi ruchami oplotły mnie wokół pasa, natomiast moje spoczęły na jego. Przytulił mnie. Jego obecność, jego osoba, pozwoliła mi znów uwierzyć, że święta to jednak magiczny dzień. Zdałem sobie sprawę, że w życiu nie zawsze idzie nam po myśli, czasem przydarzają nam się przykre sytuacje, które w rzeczywistości nie mają już odwrotu. Jednak nie powinno się poddawać, gdyż każdy człowiek w swoim życiu odnajdzie tą jedyną gwiazdkę, będącej niczym prezent, niekoniecznie w postaci osoby… Może to być również zdrowie, pomyślność czy nawet odejście w wieczny sen, jak moja mama. Jej śmierć była jej gwiazdką, jej podarunkiem. Pewnie odpoczywa sobie beztrosko i patrzy na mnie zza światów, może nawet uśmiechając się. Może właśnie pozostanie bezdomnym było moim przeznaczeniem, które doprowadziło mnie do poznania tak wspaniałego człowieka. Teraz już wiem, że powinienem doceniać każdą chwilę w życiu i się nią cieszyć. Jednak moim życiowym marzeniem nie byłoby tylko pozostanie z Chayeolem na wieki, ale również niesienie pomocy potrzebującym. Na swoim doświadczeniu odczułem, że nawet te parę groszy ratuje człowieka, ale prawdziwym jego ocaleniem jest podanie pomocnej dłoni.

Uścisk na moim pasie się poluźnił, a twarz Yeola przybliżyła się do mojej.
-Wiesz co Hyunie? –zaczął. – Chyba się w tobie zakochałem. –Chwila jak w jakiejś bajce. Cudowny moment kończący się pocałunkiem, ale czy ja byłem gotowy na miłość?
-Chciałbym ci teraz odpowiedzieć „Ja ciebie też kocham”, ale myślę, że jeszcze nie potrafię dobrze wyrazić miłości, nawet nie wiem czym ona dokładnie jest –I tu jego twarz momentalnie zbladła.
-Co chcesz przez to powiedzieć? –zapytał niepewnie. Widziałem w jego oczach strach w oczekiwaniu na odpowiedź. Chciałem mu również pokazać, że mi na nim zależy, również przez miłość, dlatego…
-Proszę cię… Naucz mnie kochać…


----------------------------------------------------------
To najdłuższy i chyba najmniej uday one-shot jaki kiedykolwiek napisałam ><
Tak czy inaczej, standardowo: przepraszam za błędy i mam nadzieję, że choć w jakiejś mierze się to Wam spodobało :3

HUNHAN-WORLD życzy jeszcze raz Wszystkiego Najlepszego! 
I udanego sylwestra :P
Przepraszam za takie ubogie życzenia, ale już mi mózg wysiada od poprawiania własnych błędów -.-
NAJLEPSZEGO!

21 komentarzy:

  1. piękny piękny no po prostu piękny^o^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo *____*
      Dziękuję za komentarz =>

      Usuń
  2. Boże ;=====; To było takie cudowne . Takie, że aż brak mi słów ;--; A końcówka słodziutka i taka pouczająca ^.^
    Uwielbiam cię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi ^.^ Takie komentarze dodają mi weny, tak, że mam ochotę pisać dniami i nocami ><
      Arigatou za komentarz =>

      Usuń
  3. Ła,ła, łaa *o* Śliczne, takie smutne, ale mimo wszystko piękne. Przyznam, że nieprzepadam za baekyeol, ale wolnymi krokami zaczynam się przekonywać do tej pary :) czekam na kolejne takie opowiadania.
    Aha, i jeszcze jedno. Zauważyłam, że na twoim blogu znajdują się fanfiki głównie z kaisoo, hu han i baekyeol, a nie skusiłabyś się może na coś innego np. Sulay albo całkowicie odmienną parę ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moim zdaniem Baekyeol, to cudowny paring >< Właśnie jest jedenym z moich ulubionych => Miło mi, że Ci się to spodobało.
      A co do pytania, to odpowiedź jest prosta: tak, skusiłabym sie, ale jeszcze nie jestem pewna jaki paring wybrać, pasuje do jakiego opowiadania. Postaram się w następnej notce zaskoczyć Was wybranym paringiem ^^

      Usuń
  4. Tak piękne *.* Yeol zbawiciel Baekiego <3 Yeol nie mogący żyć bez Baekiego <3 Załamany Baeki bo kocha Yeola <3 Wszystko wyszło idealnie *.* Kocham tego fanficka <3

    Hwating! <3 i zapraszam do siebie :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awww ;; Aż mi tak w środku cieplutko ze szczęścia, że jednak się to komuś podoba *__*

      Kamsahamnida!
      I oszywiście z przyjemnością wpadnę na twojego bloga ;>

      Usuń
  5. Niewyobrażalnie piękneee *~* boże, chcę tak pisać. Baekyeol to zaraz po taorisie i hunhanie mój ulubiony pairing. Kocham Cię normalnie i czekam tak bardzo na następną część "Ulegnij mój aniołku", umieram w środku bo nie ma 5 :C
    Hwaiting! <33

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko, ale się cieszę >////< To naprawdę miłe ;;
      Kocham moich czytelników <3!
      A jeśli chodzi o "Ulegnij mój aniołku", to zapewniam, że pojawi się 5 rozdział, w nie tak długim czasie... tu czyt. rok, tylko o wiele szybciej ^^
      Dziękuję za komentarz *---*

      Usuń
  6. Kochana, napisz jakiegoś Taorisa, tylko jakiegoś nietypowego i długiego. Cierpliwa jestem, na jakość trzeba czekać. Oczywiście nie musisz brać tego do siebie, ale jeśli będzie ci się nudzić to wiedz, że ja jestem i czekam <333 ps kocham twój styl pisania i wgl tak mi przykro że masz tak mało ff na blogu. Znasz jakieś godne polecenia? ^^ ~saranghae!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nietypowege i długiego powiadasz... dłuższego niż to o.O ? Bo jeśli tak to na mnie nie licz xD....nie, dobra żartuję >< Napisałabym, jednak takie pisanie długich one-shotów sprawia, że jestem na skraju życia, ale dla moich czytelników zrobię co się da ;3 Mogłabym napisać wieloczęścówkę, ale wszyscy wiedzą jak to może się skończyć x3 Staram się napisać kolejny rozdział 'Ulegnij mój aniołku', a po tym pomyśli się coś o jakimś Taorisie ;>
      Ff znam mało w języku polskim, gdyż jak już czytam to na asianfanfics :>
      Dziękuję za komentarz ^_____^

      Usuń
    2. Dla Taorisa zrobię wszystko, przepraszam >< ;;

      Usuń
    3. ps jeśli nie napiszesz "ulegnij mój aniołku" to masz mnie na sumieniu *tak to jest szantaż emocjonalny, bój się buahah* tak jestem psycholem dziękuję do widzenia. kocham twoje ficki tak bardzo, umieram ;'_;

      Usuń
  7. Skoro według ciebie to jest najmniej udany one-shot w twoim wykonaniu to aż muszę dzisiaj wziąć się za pozostałe. Ten naprawdę był nieziemski i chociaż czasami coś mi się nie zgadzało (jestem realistką i trudno mi uwierzyć w tak szybkie zbliżenie się do siebie bohaterów. Jeśli jeden zachowuje się jak pedofil uważam, że drugi powinien czym prędzej uciekać, a nie oddawać się temu, ale ja to ja xd) to bardzo dobrze mi się to czytało.
    Podoba mi się twój styl pisania, umiesz wszystko opisać dokładnie i bez żadnych rozbieżności co się tobie chwali c:
    Idę czytać kolejne i zapraszam do siebie ^.^ Co prawda dopiero zaczęłam, ale może ci się coś spodoba? Kto wie ;'p
    ~Trochę niezrozumiale to napisałam, ale tak to jest gdy mam za dużo myśli po przeczytaniu opowiadania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fantazja czasem mnie ponosi i piszę czasem troszkę nierealistycznie ><
      Cieszę się, że Ci się spodobało *___*
      Arigatou za komentarz i zaproszenie ^^

      Usuń
  8. Cudoooooo! Trochę niedociągnięć, ale nie rażą mocno w oczy, więc nie jest źle. Nie przepadam za BaekYeol, ale omg, to takie cudne! Gdyby nie to, że Bekon spotkał Kaia, Yeollie by się zabił i Bekon znowu byłby smutnyyyyyy~! Jak dobrze, że go ocalił! W sumie to Kai ocalił oboje - Yeolliego przed śmiercią i Bekona przed cierpieniem, Kai bohater XD
    Życzę weny i zapraszam do siebie~♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ahhh *___* Cieszę się naprawdę ;; Każdy miły komentarz nakręca mnie do dalszego pisania, nie ważne czy zawiera miłe słowa, czy krytykę ;; Staram się pisać jak najlepiej, w miarę sensownie i ciekawie, jednak jestem tego świadoma, że nie mam tego czegoś, ale ciągle dążę do tego żeby było lepiej i jeszcze lepiej ;3

      Dziękuję bardzo za komentarz.
      Z chęcią wpadnę na Twojego bloga ^^

      Usuń
  9. Dlaczego? Pytam się dlaczego tworzysz takie wzruszające one-shoty?! Żal mi się zrobiło kiedy Hyunie podsłuchał rozmowę Chanyeola który mówił o piesku, a ten pomyślał, że to o nim.. A potem jeszcze akcja z cięciem się i chęcią zabicia.. Ach genialne! Końcówka też taka słodziachna! ♥ Weny~!

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie udany? Co Ty mi tu gadasz?! To było/jest piękne zajebiste waa <3 *-*

    OdpowiedzUsuń
  11. To było epickie! Lałam z mopa i patelni dobre 15 min XD To bardziej słodkie i urocze ♥ aigoo zakochałam się w tym.

    OdpowiedzUsuń